Skocz do zawartości
Łukasz.

Co by było, gdybyś miał nieskończoną ilość pieniędzy.

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano
Wyobraź sobie ten moment. Siedzisz w swojej kuchni, wpatrując się w stygnącą kawę, a przed tobą na stole leży szara koperta bez nadawcy. W środku znajdujesz tylko jeden przedmiot – ciężką, matowoczarną kartę płatniczą. Nie ma na niej chipa, nie ma daty ważności, brakuje nawet pinu. Jest tylko twoje wytłoczone nazwisko i dziwny, zapętlony symbol nieskończoności w miejscu, gdzie zazwyczaj widnieje logo banku. Nie masz pojęcia, że ten mały kawałek plastiku, który za chwilę włożysz do portfela, zaledwie w kilka miesięcy udowodni to, o czym ekonomiści pisali grube tomy od stuleci, i doprowadzi ludzkość na skraj ostatecznego upadku.
 
Pierwszego dnia jesteś ostrożny, wręcz przerażony. Idziesz do pobliskiej Żabki, a twoje dłonie pocą się z nerwów. Bierzesz z półki butelkę wody i najtańszego batona. Zbliżasz kartę do terminala, wstrzymując oddech, przekonany, że za chwilę usłyszysz pisk odrzuconej transakcji. Ale zamiast tego słyszysz ciche, satysfakcjonujące pikanie. Na ekranie pojawia się zielony napis: „Zapłacono”. Wracasz do domu, otwierasz laptopa z trzęsącymi się rękami. Kupujesz najnowszego MacBooka. Przechodzi. Zamawiasz zegarek za sto tysięcy. Przechodzi. Wieczorem, wciąż w stanie euforycznego szoku, kupujesz przez internet apartament w Dubaju, helikopter i wyspę na Karaibach, płacąc za wszystko od ręki.
 
Uświadamiasz sobie wtedy pierwszą ekonomiczną prawdę: pieniądz fiducjarny (fiat), czyli waluta, którą posługujemy się na co dzień, nie ma żadnej wewnętrznej wartości. Nie ma pokrycia w złocie ani w srebrze. Jego jedyną siłą jest zaufanie – system informatyczny banku potwierdza sprzedawcy, że posiadasz odpowiednie cyfry na koncie. Twoja czarna karta po prostu zhakowała ten system zaufania, generując cyfry bez końca. Dopóki sprzedawca wierzy, że te cyfry pozwolą mu zapłacić jego własne rachunki, odda ci wille, jachty i diamenty.
 
Szybko jednak odkrywasz brutalną prawdę o ludzkiej naturze: prawo malejącej użyteczności krańcowej. Pierwszy sportowy samochód daje ci niewyobrażalną radość. Trzeci cieszy umiarkowanie. Przy dziesiątym, upchniętym w ogromnym garażu, nie czujesz już nic. Konsumpcja dla samej konsumpcji traci sens. Zaczynasz odczuwać pustkę. I wtedy wpadasz na pomysł, który wydaje ci się genialny w swojej szlachetności – zaczniesz naprawiać ten niesprawiedliwy świat.
 
Wychodzisz na miasto. Wchodzisz do supermarketu i ogłaszasz, że płacisz za zakupy wszystkich obecnych. Zbliżasz czarną kartę, a ludzie patrzą na ciebie ze łzami w oczach. Spłacasz kredyty hipoteczne swoich przyjaciół. Wchodzisz do szpitali dziecięcych i z miejsca opłacasz najdroższe, eksperymentalne terapie w Szwajcarii dla każdego pacjenta. Stajesz na ulicy, wypłacając z bankomatów grube pliki gotówki i wręczasz je przypadkowym przechodniom. Jesteś na absolutnym haju altruizmu. Postanawiasz wziąć sprawy w swoje ręce i dokonać bezprecedensowego zastrzyku płynności. Stajesz się jednoosobowym bankiem centralnym, realizującym program luzowania ilościowego (Quantitative Easing) na sterydach. Tyle że banki centralne zazwyczaj skupują obligacje, próbując stymulować gospodarkę odgórnie, a ty pompujesz żywą gotówkę prosto do kieszeni konsumentów – w postaci bazy monetarnej, która od razu wchodzi do obiegu.
 
Ale rozdawanie pieniędzy na ulicy to dla ciebie zbyt wolny proces. Wynajmujesz więc najlepszą agencję IT na rynku, płacąc im z góry kwoty, o jakich im się nie śniło. W czterdzieści osiem godzin stawiają dla ciebie stronę internetową z wielkim, prostym hasłem: „Napisz, ile potrzebujesz i na co”. Weryfikacja nie istnieje. Podpinasz pod system swoją czarną kartę.
 
Ktoś pisze, że potrzebuje miliona złotych na operację serca matki – przelew idzie natychmiast. Ktoś inny prosi o dziesięć milionów na start-up marzeń. Ktoś żąda stu milionów, żeby do końca życia leżeć na plaży. Algorytm puszcza każdy przelew. W ciągu pierwszego tygodnia przesyłasz ludziom setki miliardów. W drugim tygodniu liczniki wybijają biliony. Stajesz się architektem nowej, wspaniałej utopii. Biedy już nie ma.
 
I wtedy popełniasz śmiertelny błąd, ignorując równanie Fishera, znane w makroekonomii jako M x V = P x Q. M to podaż pieniądza (która przez ciebie stała się nieskończona). V to szybkość krążenia pieniądza (ludzie rzucili się do kupowania, więc V wystrzeliło w kosmos). Q to realna produkcja dóbr i usług w gospodarce. Ponieważ liczba wyprodukowanych domów, samochodów, chlebów i wizyt lekarskich (Q) w krótkim czasie się nie zmieniła – gospodarka ma swoje fizyczne limity – jedyną zmienną, która musiała zareagować na ogromny wzrost M i V, była zmienna P. Poziom cen.
 
W trzecim tygodniu świat z impetem zatrzymuje się w miejscu.
 
Budzisz się rano, masz ochotę na świeże rogaliki z piekarni na rogu – tej samej, której właścicielce przelałeś wczoraj pięćdziesiąt milionów na „spokojną starość”. Schodzisz na dół. Piekarnia jest zamknięta na kłódkę. Próbujesz wezwać Ubera – aplikacja pokazuje brak dostępnych kierowców w całym kraju. Na ulicach nie słychać szumu porannego ruchu, widzisz tylko roznoszone przez wiatr śmieci, bo śmieciarki nie wyjechały z bazy. Prądu zaczyna brakować, internet przerywa.
 
Właśnie poznałeś w praktyce koncepcję kosztu alternatywnego. Kosztem alternatywnym pójścia do pracy jest twój czas wolny, odpoczynek i spędzanie czasu z rodziną. Zazwyczaj ludzie decydują się ponieść ten koszt (czyli zrezygnować z czasu wolnego), ponieważ pensja, którą otrzymują, rekompensuje im tę stratę. Ale ty sprawiłeś, że każdy stał się multimilionerem. Dlaczego piekarz miałby wstawać o trzeciej nad ranem, żeby w pocie czoła zagniatać ciasto, skoro ma na koncie sto milionów? Dlaczego inżynier ma jechać do elektrowni węglowej, pielęgniarka podcierać chorych, a rolnik zbierać plony w palącym słońcu? Koszt alternatywny pójścia do pracy stał się nieskończenie wysoki, a zysk marginalny. Praca zniknęła, bo zniknął bodziec finansowy, który ją napędzał.
 
Gdy w końcu udaje ci się znaleźć otwarty sklepik, w którym zdesperowany właściciel z jakiegoś powodu postanowił stanąć za ladą, chcesz kupić butelkę wody. Podajesz mu swoją nieskończoną kartę. On patrzy na ciebie i mówi: „Woda kosztuje dziś miliard złotych. Albo oddasz mi za nią swój złoty zegarek”.
 
Uderza w ciebie hiperinflacja. Ale nie taka, jaką znamy z podręczników historii o Republice Weimarskiej czy Zimbabwe. To hiperinflacja absolutna, która niszczy najważniejszą funkcję pieniądza: funkcję sygnału cenowego. W normalnej gospodarce ceny działają jak system nerwowy. Rosnąca cena ropy sygnalizuje firmom, że trzeba wydobywać jej więcej albo szukać alternatyw. Kiedy zalałeś rynek nieskończoną ilością waluty, ten system nerwowy uległ spaleniu. Skoro wszyscy mają miliardy, miliard jest wart tyle, co ziarenko piasku. Pieniądz całkowicie przestał pełnić funkcję jednostki rozrachunkowej i środka wymiany. Gospodarka gwałtownie cofnęła się do czasów prymitywnej wymiany barterowej.
 
Zaczynasz rozumieć, jak skomplikowane i delikatne są globalne łańcuchy dostaw. Żeby wyprodukować głupi ołówek, ktoś musiał ściąć drzewo w Kanadzie, ktoś inny wydobyć grafit w Chinach, wyprodukować metalową obwódkę w Niemczech i kauczukową gumkę w Malezji. Setki tysięcy ludzi współpracowało ze sobą w zaufaniu, że na koniec miesiąca ich praca zamieni się na jednostki wartości, za które kupią jedzenie. Kiedy zniszczyłeś walutę, łańcuchy dostaw po prostu wyparowały. Kontenery pełne żywności gniją w portach w Rotterdamie i Szanghaju, bo żaden operator dźwigu, kierowca ciężarówki ani magazynier nie przyjdzie ich rozładować za bezwartościowy papier czy cyfry na ekranie.
 
Stoisz teraz w oknie swojego stumetrowego, obrzydliwie luksusowego penthouse'u na najwyższym piętrze wieżowca, w którym od trzech dni nie działają windy, bo stanęła sieć energetyczna. Przez pancerne szyby patrzysz na dym unoszący się nad miastem. Widzisz ulice zastawione porzuconymi, nowiutkimi Ferrari i Lamborghini, w których po prostu skończyło się paliwo, którego nikt już nie rafinuje i nie dowozi. W jednej ręce trzymasz czarną, nieskończoną kartę, a w drugiej – czerstwy, trzydniowy kawałek chleba, prawdopodobnie swój ostatni bezpieczny posiłek.
 
Zniszczyłeś świat. Nie użyłeś do tego głowic nuklearnych, pandemii ani sztucznej inteligencji. Zniszczyłeś go z czystej, nieograniczonej, naiwnej dobroci serca.
 
Wyciągasz z tego ostateczny wniosek, z którym ludzkość będzie musiała się zmierzyć na zgliszczach: pieniądze to nie bogactwo. Prawdziwym, realnym bogactwem narodów od zarania dziejów były i są dobra, usługi, infrastruktura, innowacje, a przede wszystkim – ludzka praca i chęć współpracy. Cywilizacja to gigantyczny, misterny mechanizm napędzany potrzebą i motywacją do poprawy własnego losu. Twoja magiczna karta mogła wygenerować nieskończoność zer i jedynek na serwerach bankowych, ale nie potrafiła wygenerować ani jednej dodatkowej sekundy ludzkiego wysiłku. A bez niego, nawet z całą gotówką wszechświata w kieszeni, stajesz się tylko najbogatszym, przymierającym głodem człowiekiem na cmentarzu ludzkiej cywilizacji.
  • Uwielbiam 1

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio przeglądający   0 użytkowników

    • Brak zarejestrowanych użytkowników przeglądających tę stronę.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.