Skocz do zawartości
Łukasz.

Język w poczekalni, czyli jak potykamy się o własne zdrowie i słowa

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Kiedy przekraczamy próg gabinetu lekarskiego, nasz stres zazwyczaj osiąga poziom, którego nie powstydziłby się maturzysta przed egzaminem ustnym. Zaczynamy gorączkowo zastanawiać się nie tylko nad tym, co nam dolega, ale również nad tym, jak ubrać to w słowa, by nie wyjść na medycznego ignoranta. Gabinet staje się przestrzenią, w której krzyżują się dwa zupełnie różne światy: hermetyczny, precyzyjny język specjalistów oraz nasza codzienna, potoczna, często niedoskonała polszczyzna. To właśnie na tym styku dochodzi do największej liczby nieporozumień, językowych potknięć i zabawnych, choć czasem krępujących, przejęzyczeń. Język związany z naszym ciałem, zdrowiem i chorobami to fascynujące pole minowe, po którym każdego dnia stąpamy z mniejszą lub większą gracją.

 

Zacznijmy od kwestii, która dla wielu wciąż bywa tematem tabu, a w sferze językowej wywołuje nie lada zamieszanie. Mowa o anatomii, a dokładniej o nazewnictwie narządów rodnych. W ścisłej terminologii medycznej i anatomicznej panuje rygorystyczny podział. Słowo „wagina” to dokładny odpowiednik pochwy, czyli wewnętrznego narządu. Z kolei to, co znajduje się na zewnątrz – srom, łechtaczka, wzgórek łonowy – to zupełnie inna struktura. Gdybyśmy chcieli być absolutnie poprawni i precyzyjni, musielibyśmy o tej różnicy zawsze pamiętać. Jednak język potoczny rządzi się swoimi, znacznie bardziej elastycznymi prawami. W codziennej komunikacji, w literaturze, a nawet w przestrzeni publicznej, termin „wagina” uległ znacznemu rozszerzeniu znaczeniowemu. Zjawisko to, nazywane w językoznawstwie synekdochą (pars pro toto – część zamiast całości), sprawiło, że jedno słowo zaczęło określać cały obszar narządów kobiecych.

 

Można oczywiście zrozumieć frustrację lekarzy, seksuologów czy wykładowców akademickich. Apelują oni do pacjentów i studentów o posługiwanie się precyzyjnymi terminami. Wymagają profesjonalizmu, bo w medycynie precyzja nierzadko decyduje o zdrowiu, a nawet życiu. Jednakże walka z potocznym uzusem to najczęściej walka z wiatrakami. Język żyje własnym życiem, kształtuje się na ulicach, w domach, w codziennych rozmowach, a nie wyłącznie w uniwersyteckich aulach. Społeczeństwo ma tendencję do upraszczania i generalizowania. Różnic między terminologią specjalistyczną a językiem ulicy prawdopodobnie nigdy nie zatrzemy.

 

Zresztą, z podobnym zjawiskiem mamy do czynienia w wielu innych dziedzinach, w których specjaliści rwą włosy z głowy, słysząc, jak deformujemy ich branżowy język. Ilu z nas na co dzień jeździ „motorem”? Dla przeciętnego użytkownika dróg to po prostu jednoślad z silnikiem. Dla inżyniera i pasjonata motoryzacji to zbrodnia na języku, ponieważ motor to wyłącznie silnik, a maszyna, na której się jeździ, to bezwzględnie „motocykl”. Podobnie jest z naszymi domowymi instalacjami. Zimą ogrzewamy domy, odpalając „piece”, podczas gdy specjaliści od techniki grzewczej natychmiast poprawiliby nas, że w piwnicy stoi „kocioł”. Włączamy światło „włącznikiem”, co z kolei przyprawia o ból zębów fizyków, którzy woleliby słyszeć o przełącznikach. Tak po prostu jest. Przyjęło się, że upraszczamy rzeczywistość, a język potoczny nie znosi próżni i akademickiego dystansu. Zamiast oburzać się na te nieścisłości, warto dostrzec w nich naturalną ewolucję i pewną językową elastyczność.

 

Wróćmy jednak do zdrowia, bo tu pułapek jest znacznie więcej. O ile mylenie części maszyny nie niesie ze sobą większego stresu, o tyle przekręcenie nazwy poważnej choroby w gabinecie lekarskim może wprawić nas w zakłopotanie. Klasycznym przykładem jest choroba przenoszona przez kleszcze. Zdecydowana większość społeczeństwa ma problem z jej poprawną wymową. Stojąc w kolejce do laboratorium, często słyszymy, jak pacjenci zawahaniem w głosie proszą o badania pod kątem „boleriozy”. Przestawienie liter, znane jako metateza, jest tutaj tak powszechne, że powoli zaczyna brzmieć dla ucha niemal naturalnie. A jednak poprawna, jedyna dopuszczalna forma to borelioza. Skąd ta nazwa? Od krętków z rodzaju Borrelia, które ją wywołują. Aby uniknąć kompromitacji i stresu przy okienku rejestracji, warto posłużyć się prostym skojarzeniem. Wystarczy przypomnieć sobie o dawnym Biurze Ochrony Rządu, w skrócie BOR. Funkcjonariusze BOR-u mieli za zadanie trzymać się ochranianej osoby tak kurczowo, jak kleszcz trzyma się skóry. Jeśli zapamiętamy ten pierwszy człon – „bor” – reszta, czyli „-elioza”, wskoczy nam do głowy automatycznie. Co więcej, w kontekście tej choroby warto zapamiętać jeszcze jeden językowy detal. Bakteria, która sprawia tyle kłopotów, to „krętek”. Słowo to ma wyłącznie rodzaj męski. Mówimy więc „ten krętek”, „tego krętka”, „z krętkiem”. Zdecydowanie nie jest to „ta krętka”.

 

Rodzaje gramatyczne to zresztą kolejny fascynujący rozdział medycznej polszczyzny. Wydawać by się mogło, że jako rodzimi użytkownicy języka mamy to opanowane do perfekcji. Nic bardziej mylnego. Kiedy diagnoza brzmi nieco bardziej skomplikowanie, nasze wyczucie językowe zaczyna szwankować. Częstym przypadkiem jest patologiczna zmiana, która może pojawić się w różnych częściach organizmu. Pacjenci nagminnie skarżą się w gabinetach na „tego torbiela”. Tymczasem słowo to jest bezwzględnie rodzaju żeńskiego. Poprawna forma to wyłącznie ta torbiel. Lekarze przyznają, że jest to jeden z najczęstszych błędów, z jakimi spotykają się w swojej codziennej praktyce. Nieco mniej kategorycznie wygląda sytuacja z kością podudzia. Choć słowniki dopuszczają obie formy, znacznie częściej, naturalniej i po prostu ładniej brzmi ta piszczel, a nie „ten piszczel”.

 

Skoro mowa o kończynach, nie sposób nie wspomnieć o błędzie, który dla purystów językowych jest niczym zgrzyt kredy po tablicy. Chodzi o nieszczęsną odmianę słowa określającego zakończenia naszych rąk i nóg. Zdarza się, że w internetowych dyskusjach, postach na forach czy nawet w codziennych rozmowach słyszymy, jak ktoś nie może zgiąć „palcy”. Poraża to o tyle, że przecież wszyscy doskonale znamy termin z zakresu kryminalistyki: odciski palców. Gdybyśmy mieli używać formy „palcy”, musielibyśmy mówić o technikach zbierających na miejscu zbrodni „odciski palcy”. Taka wizja brzmi na tyle absurdalnie i komicznie, że powinna stanowić ostateczny argument przeciwko używaniu tej niepoprawnej formy. Zawsze pamiętajmy: u rąk i nóg mamy palce, a dbać powinniśmy o kondycję naszych palców.

 

Jednak wszystkie te językowe dywagacje, poprawność gramatyczna i dbałość o medyczną terminologię schodzą na dalszy plan w obliczu znacznie poważniejszego problemu. Jest nim nasze ogólne podejście do kwestii zdrowia i profilaktyki. Jako społeczeństwo żyjemy w ciągłym biegu. Skupiamy się na karierze, gromadzimy dobra materialne, dbamy o to, by nasze smartfony miały najnowsze oprogramowanie, a samochody regularnie przechodziły przeglądy techniczne w autoryzowanych stacjach obsługi. Inwestujemy czas i pieniądze w sukces, awans, nowoczesne hulajnogi elektryczne i najszybsze komputery. W tym wszystkim zapominamy o najważniejszej, najcenniejszej maszynie, jaką posiadamy – o własnym ciele.

 

Istnieje w nas przedziwny, paraliżujący lęk przed badaniami. Często usprawiedliwiamy się brakiem czasu, choć w głębi duszy doskonale wiemy, że głównym powodem naszej nieobecności w przychodni jest strach. „Nie idę, bo jeszcze mi coś znajdą” – to zdanie pada z ust tysięcy ludzi, stając się absurdalnym mottem zaniedbania. Unikanie lekarza w obawie przed diagnozą to myślenie nie tylko nielogiczne, ale i skrajnie niebezpieczne. Niewiedza nie sprawia, że choroba znika; sprawia jedynie, że odbieramy sobie cenny czas na reakcję i skuteczne leczenie.

 

Współczesny świat oferuje nam ogromne ułatwienia. Rozwój medycyny prywatnej, platformy zdrowotne i wszechobecne pakiety badań sprawiają, że profilaktyka jest dziś na wyciągnięcie ręki. Nie musimy już stać w kilkugodzinnych kolejkach od świtu. Przegląd własnego organizmu można zorganizować sprawnie, szybko i w dogodnym terminie. Kupno pakietu badań kontrolnych to jedna z najlepszych inwestycji, jakich możemy dokonać. Brzmi to może banalnie i do bólu sztampowo, ale bez zdrowia wszystkie nasze życiowe osiągnięcia, zgromadzone kapitały i luksusowe gadżety tracą jakiekolwiek znaczenie. Kiedy organizm mówi „dość”, ani nowy telefon, ani awans w korporacji nie przyniosą nam ulgi.

 

Warto zatem wziąć głęboki oddech, pokonać pierwotny strach i spojrzeć prawdzie w oczy: profilaktyka nie boli, a leczenie zaawansowanych chorób owszem. Bądźmy świadomymi użytkownikami zarówno języka, jak i własnego ciała. Poprawiajmy błędy gramatyczne, dyskutujmy o różnicach między „waginą” a „pochwą”, pilnujmy „torbieli” i „boreliozy”, ale nade wszystko – badajmy się. Nie czekajmy na moment, w którym nasz organizm odmówi posłuszeństwa. Działajmy z wyprzedzeniem, z odpowiedzialnością za samych siebie i swoich bliskich. A jeśli już przyjdzie nam odwiedzić lekarza – oby tylko profilaktycznie – róbmy to z podniesioną głową i świadomością, że w starciu ze specjalistyczną terminologią zawsze mamy prawo do drobnych potknięć. Ważne, by krok w stronę gabinetu w ogóle został zrobiony.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio przeglądający   0 użytkowników

    • Brak zarejestrowanych użytkowników przeglądających tę stronę.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.