Skocz do zawartości
[GIVEAWAY] Nóż survivalowy | Doppler ×
[GIVEAWAY] Bowie Knife | Gamma Doppler ×

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

 

Język jest trochę jak stary strych. Człowiek wchodzi tam po jedno konkretne pudełko, a wraca z porcelanowym kogutem bez głowy, kasetą magnetofonową z wesela rodziców i pytaniem, kto w ogóle uznał, że coś takiego ma sens. Polski działa dokładnie tak samo. Przez setki lat zbierał zapożyczenia, regionalizmy, pomyłki, urzędnicze potworki, średniowieczne skróty myślowe i słowa, które brzmią, jakby ktoś wymyślił je podczas gorączki po trzech dniach bez snu. A potem wszyscy uznali: tak, świetnie, wpisujemy do słownika.

 

I może właśnie dlatego język jest żywy. Bo obok pięknych słów typu „melancholia”, „nostalgia” czy „przedwiośnie” istnieją też twory, które brzmią jak żart albo literówka, a jednak funkcjonują całkowicie legalnie. Są jak ci ludzie w pracy, którzy nic nie robią, ale od dwunastu lat nikt nie ma odwagi zapytać, po co właściwie tam siedzą.

 

Weźmy choćby „żółw”. Samo brzmienie tego słowa jest absurdalne. Człowiek otwiera usta i nagle język wykonuje akrobatykę godną gimnastyka olimpijskiego. Etymologicznie wywodzi się ze starosłowiańskich określeń związanych z czymś żółtawym albo ziemistym, ale trudno nie odnieść wrażenia, że ktoś po prostu kichnął przy stole skrybów i wszyscy uznali to za oficjalną nazwę zwierzęcia. Jeszcze gorzej robi się przy słowie „chrząszcz”. To już nawet nie jest rzeczownik — to test działania aparatu mowy. Wyraz pochodzi od prasłowiańskiego rdzenia oznaczającego chrzęst albo szelest, czyli dźwięk wydawany przez owada, ale brzmi bardziej jak zaklęcie niskiego poziomu w kiepskim fantasy.

Są też słowa, które wyglądają, jakby ktoś stworzył je specjalnie po to, żeby obrażały same siebie. „Pasożyt” jest jednym z nich. Greckie parasitos oznaczało dosłownie człowieka jedzącego przy cudzym stole. Innymi słowy: starożytni stworzyli eleganckie określenie na znajomego, który wpada tylko wtedy, kiedy robisz grilla. Podobnie „cymbał”. Dziś obraźliwe, dawniej całkowicie niewinne określenie instrumentu muzycznego wywodzące się z greckiego kymbalon. Historia języka to w ogóle piękny przykład tego, jak ludzkość przez wieki patrzyła na rzeczy i mówiła: „A co jeśli to słowo zaczniemy wykorzystywać do obrażania ludzi?”.

 

Jeszcze ciekawsze są słowa brzmiące tak źle, że człowiek czuje fizyczny dyskomfort. „Glizda”. Prawdopodobnie od prasłowiańskich określeń czegoś śliskiego i lepkiego. Samo słowo jest tak wilgotne fonetycznie, że powinno być przechowywane w słoiku. „Piersiówka” również zasługuje na osobny proces sądowy. Etymologia jest banalna — mała butelka noszona przy piersi — ale efekt końcowy brzmi jak medyczne schorzenie albo nazwa ptaka z bagien Podlasia.

 

A przecież język uwielbia też potworki urzędowe. „Przedsiębiorstwo” wygląda, jakby zostało stworzone podczas zakładu: „a co jeśli połączymy siedem sylab i zobaczymy, czy ktoś będzie w stanie to wypowiedzieć?”. Źródłosłów jest prosty — „brać coś przed siebie”, podejmować działanie — ale współczesna forma brzmi jak kara za grzechy fonetyczne. Jeszcze bardziej absurdalne jest „rozporządzenie”. Człowiek słyszy to słowo i od razu ma przed oczami szary segregator, zapach kurzu i urzędnika, który mówi „proszę przyjść jutro”.

Niektóre wyrazy są natomiast tak dziwne, że aż trudno uwierzyć, iż oznaczają coś zwyczajnego. „Nietoperz” to absolutny zwycięzca tej kategorii. Dawniej funkcjonowały formy typu „latająca mysz”, ale ktoś w pewnym momencie uznał, że lepiej stworzyć słowo będące połączeniem przeczenia i czegoś przypominającego „ptaka”. Efekt? Zwierzę, które wygląda jak demon z piwnicy gotyckiego zamku, dostało nazwę brzmiącą jak obraźliwe określenie ucznia trzeciej klasy podstawówki.

 

Na drugim końcu stoją słowa tak przesadnie konkretne, że aż niepokojące. „Źdźbło”. Cztery spółgłoski walczące ze sobą o dominację i jedna samotna samogłoska próbująca utrzymać ten chaos w ryzach. Etymologicznie związane z czymś cienkim i wydłużonym, ale fonetycznie przypomina odgłos, jaki wydaje człowiek po połknięciu ości. „Mdłości” z kolei brzmią dokładnie tak, jak się człowiek czuje podczas mdłości, co akurat jest imponującym osiągnięciem języka. Wywodzi się od prasłowiańskiego mdły — słabego, osłabionego — i chyba nie istnieje drugie słowo, które tak skutecznie wywołuje własne znaczenie samym dźwiękiem.

Są też wyrazy będące pomnikami kompletnego chaosu kulturowego. „Filiżanka” przyszła do nas przez turecki i arabski, wędrując przez pół świata tylko po to, żeby oznaczać mały kubek do kawy. „Kaftan” ma perskie korzenie. „Algebra” jest arabska. „Robot” został wymyślony przez Czechów od słowa oznaczającego pańszczyznę. Człowiek czasem patrzy na język i ma wrażenie, że Europa przez tysiąc lat wymieniała się słowami jak dzieci kartami Pokémonów.

 

Absolutnym arcydziełem pozostaje jednak „bezokolicznik”. Słowo oznaczające formę czasownika bez określonych cech samo wygląda jak produkt językowego przeciążenia. Powstało logicznie — „bez określenia” — ale brzmi jak termin, który powinien istnieć wyłącznie w salach tortur dla maturzystów rozszerzonego polskiego. Zaraz obok stoi „rzepicha”. Nazwa rośliny tak absurdalnie miękka i lepka fonetycznie, że człowiek czuje błoto pod butami, zanim jeszcze dowie się, czym ta roślina jest.

I chyba właśnie dlatego język jest fascynujący. Bo nie został zaprojektowany. Nie powstał w sterylnym laboratorium, gdzie każde słowo przeszło kontrolę jakości i estetyki. Język jest efektem tysięcy lat ludzi zmęczonych, pijanych, zakochanych, wkurzonych, niewyspanych i próbujących jakoś nazwać świat wokół siebie. Dlatego istnieją słowa piękne i takie, które brzmią jak przypadkowe uderzenie głową o klawiaturę. Jedne pachną poezją, inne kiszoną kapustą i urzędem skarbowym.

 

A mimo to działają. Rozumiemy je. Nosimy je w ustach codziennie, nawet nie zauważając, jak dziwaczne naprawdę są. Bo gdyby obcokrajowiec pierwszy raz usłyszał, że „chrząszcz brzmi w trzcinie”, prawdopodobnie uznałby, że Polska nie jest krajem, tylko eksperymentem fonetycznym prowadzonym od X wieku.

I może właśnie o to chodzi. Najlepsze słowa w języku to nie te idealne. Tylko te trochę pokraczne, dziwne, zbyt długie, za twarde albo niezręcznie wilgotne w brzmieniu. Te, które nie powinny istnieć, a jednak przetrwały setki lat, wojny, reformy ortografii i nauczycieli języka polskiego z obsesją czerwonego długopisu. Jakby sam język czasem patrzył człowiekowi prosto w oczy i mówił: „Tak, wiem, że to brzmi absurdalnie. I co z tego?”.

  • Lubię to! 1
  • Uwielbiam 1
  • Sponsor
Opublikowano

Dlatego uważam, że nasz język jest bardzo unikalny w swojej trudności i różnorodności słów.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio przeglądający   0 użytkowników

    • Brak zarejestrowanych użytkowników przeglądających tę stronę.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.