Skocz do zawartości
[GIVEAWAY] Nóż survivalowy | Doppler ×
[GIVEAWAY] Bowie Knife | Gamma Doppler ×
Fisha

"Co byłoby dla Ciebie..." — Pytanie na dziś; 20/11/2025

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Totalnie zrezygnować z Siebie. To, że ludzie przychodzą i odchodzą (mówiąc o relacjach, czy po prostu o schyłku życia) jest naturalne i trzeba do tego stety bądź niestety dojrzeć. Wiadomo, że się przywiązujemy do ludzi, do momentów spędzonych razem, ale realistycznie jeżeli jakaś znajomość się zawali, jakiś związek nie wyjdzie albo jakaś przyjaźń nie przetrwa próby czasu... no to co z tego. Życie toczy się dalej i w gruncie rzeczy minie X czasu i tworzymy nowe znajomości, nowe relacje. Wiadomo, że jak chcemy jakiś bardziej stały "związek" to musimy iść na kompromisy, ale kompromisem nie jest zabicie części siebie, aby drugiej stronie odpowiadało. Z drugiej strony przedkładanie dobra czyjegoś, nad swoje własne w dłuższej perspektywie ZAWSZE jest złe i nieprawidłowe. Wychodzę z założenia, że wolę otaczać się 5 znajomymi przy których nie muszę udawać czy "rezygnować z siebie" jak to nazwano w temacie (a nie daj boże poświęcać się własnym kosztem, co niestety miało miejsce jak byłem młodszy i jeszcze nie miałem wyrobionego swojego kręgosłupa moralnego), niż pod każdego się dostosowywać i uśmierać kawałek po kawałku, aby na siłę zatrzymać X osób, aby finalnie zostać pustym w środku i relacjami stabilnymi jak zapałki. Od lat "wywalam" relacje, które po latach mogą, ale nie muszą się odnowić, a nie widzę w nich w danym okresie sensu, potrzeby i miejsca. Znajomi wiedza, że mogą na mnie liczyć, nawet jeżeli kontakt całkowicie zdechnie, rodzina wie, że pomimo różnic trzymamy się razem w cięższych chwilach. Ale jak ktoś nie chce być w moim życiu? Nikogo na siłę nie będę trzymał. Mogę się dla kogoś starać zmienić, ale nigdy nie porzucę tego kim i jaki jestem. Bycia sobą nikt mi nie odbierze, a na koniec dnia liczy się i tak tylko to, jak JA przeżyję swoje życie.

  • Lubię to! 3
  • Uwielbiam 1
  • Sponsor
Opublikowano

Pozwolić odejść, ponieważ nie ranisz dalej tej osoby czymkolwiek i ona zrozumie wtedy, że po prostu chcesz być wobec niej fair-(sprawiedliwy) i zrozumiałeś swoje błędy i czyny to czuje ta osoba, której pozwalasz odejść i ona to docenia twoją postawę i postanowienie, i może jeszcze kiedyś postanowi wrócić do wspólnej relacji. :feelsweirdman:

  • Lubię to! 2
Opublikowano

Zrezygnować z siebie, jeżeli musze tracić część siebie na rzecz drugiego człowieka to znaczy, że nie jestem akceptowana w 100% więc nie ma sensu aż tak się poświęcać :D 

  • Lubię to! 2
  • Uwielbiam 1
  • UB Team CS 1.6
Opublikowano
11 godzin temu, 71. napisał(a):

Z drugiej strony przedkładanie dobra czyjegoś, nad swoje własne w dłuższej perspektywie ZAWSZE jest złe i nieprawidłowe. Wychodzę z założenia, że wolę otaczać się 5 znajomymi przy których nie muszę udawać czy "rezygnować z siebie"

 O to to to... Z tym doslownie sie zgodze.
Niestety, mialam mozliwosc zobaczenia na wlasnej skorze jak to jest ''zmienic sie''  dla kogos by tylko zostal. Niszczy to totalnie psychike i jest pozniej bardzo trudno wrocic do '' starego '' siebie, a wrecz jest to niemozliwe. Tym bardziej jak osoba dla ktorej sie zmieniasz, predzej czy pozniej znowu znajdzie w Tobie jakies wady. Nie warto.
Wole by ludzie odeszli z mojego zycia niz siali w nim chaos.

  • Lubię to! 2
Opublikowano

Pozwolić ludziom odejść czy zrezygnować z części siebie, żeby zostać przy nich — to pytanie brzmi jak dylemat moralny, ale w rzeczywistości jest dużo bardziej intymne. Bo tu nie chodzi o ludzi. Tu chodzi o to, kim jeszcze jesteś po wszystkim, co już Cię w życiu zdefiniowało, a co zdarcia wymagało.

 

Dla mnie — i mówię to z pełną świadomością własnych wad, uporu i tego specyficznego dystansu, który zawsze mnie ratował, a czasem zabijał — trudniejsze byłoby zrezygnować z części siebie. Nie dlatego, że jestem nieprzejednany czy patologicznie przywiązany do swojego „ja”, tylko dlatego, że wiem, jak wygląda świat, kiedy człowiek zaczyna ciąć siebie po kawałku, byle dopasować się do czyjegoś kształtu. Najpierw rezygnujesz z drobiazgu: przemilczysz coś, co Cię boli, zgadzasz się na coś, co jest wbrew Tobie, udajesz, że Ci nie przeszkadza ton, którego w normalnych warunkach byś nie zdzierżył. A potem budzisz się któregoś dnia i uświadamiasz sobie, że patrzysz w lustro i rozpoznajesz twarz — ale już nie charakter.

 

Każdy kompromis wydaje się mały, niewinny, logiczny: „przecież to tylko drobiazg, przecież relacje wymagają elastyczności”. I to prawda, elastyczność jest potrzebna, ale nie wtedy, kiedy zaczyna przypominać plastelinę — kształtowaną tak bardzo, że po pewnym czasie nie wraca do pierwotnej formy. Bo to nie jest elastyczność. To jest autodegradacja, tylko w wersji społecznie akceptowalnej.

 

Pozwolić ludziom odejść też nie jest proste. Nie udaję nawet, że jest. Odejście ludzi — zwłaszcza tych ważnych, tych, którzy mieli znaczenie większe, niż chcielibyśmy przyznać — boli jak złamanie, które nie chce się poprawnie zrosnąć. Jest w tym poczucie straty, osamotnienia, i ta okropna myśl, że gdyby się tylko mocniej postarać… to może ktoś by został. Ale jest też inna strona tej monety: świadomość, że czasem ktoś odchodzi nie dlatego, że nie jesteś wystarczający, tylko dlatego, że on nie potrafi dotrzymać kroku Twojej prawdzie. Że to nie jest Twoja porażka — to ich granica.

 

Często mówimy: „ludzie przychodzą i odchodzą”, jakby to była filozofia stoicka, a nie zdanie, które ma nas udobruchać. Ale im jestem starszy, tym mocniej widzę, że odejście jest czasem formą ochrony — i dla nas, i dla tej drugiej strony. Bo czasem to, co trzymamy, trzyma nas w miejscu. A jeśli ktoś naprawdę miał być częścią naszego świata, to nie trzeba się okaleczać, by go zatrzymać.

 

Zrezygnować z części siebie, żeby zostać przy kimś — to oznacza, że ktoś wymaga Twojej amputacji emocjonalnej jako biletu wstępu. To nie jest miłość, przyjaźń ani więź. To jest transakcja. A ja nigdy nie chcę być w relacji, w której płacę sobą.

 

Ludzi, którzy odchodzą, żal przez jakiś czas. Siebie — kiedy się zdradzisz — żal przez lata.

 

To dlatego dla mnie trudniejsze, boleśniejsze i bardziej niebezpieczne jest to drugie: poświęcenie siebie. Nie to symboliczne, nie to naturalne wynikające z dojrzałej relacji — ale to radykalne, które buduje bliskość na cenie Twojej integralności.

 

Pozwalać ludziom odejść to sztuka. Ale stracić siebie — to już tragedia. I chyba właśnie dlatego wybieram pierwsze. Człowiek może żyć bez wielu ludzi, ale nie może żyć bez własnego kręgosłupa. A jeśli zaczynasz się wyginać pod cudze oczekiwania, to prędzej czy później pękniesz. I wtedy nikt nie zyska — a Ty stracisz wszystko.

Gość
Ten temat został zamknięty. Brak możliwości dodania odpowiedzi.
  • Ostatnio przeglądający   0 użytkowników

    • Brak zarejestrowanych użytkowników przeglądających tę stronę.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.