Skocz do zawartości
BIG GIVEAWAY - Nóż z hakiem oraz inne skiny ×
Gość

Wywiad stau.

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

image.png.0bedc46f71831a41d99c5edf5a8e8277.png

CFO7AMM.png

 

Cześć wszystkim,

Dzisiaj mam dla Was coś trochę innego – długi, szczery wywiad z Jędrzejem, znanym na forum jako @ stau . Rozmawialiśmy o muzyce, pasjach, relacjach, podejściu do życia i… o tym, jak radzić sobie z presją i oczekiwaniami, które sami sobie nakładamy.

To nie jest typowy wywiad pełen ogólników. Stau opowiada otwarcie o swoich doświadczeniach, porażkach i małych codziennych zwycięstwach, a przy tym nie boi się być autentyczny i odrobinę egocentryczny – dokładnie tak, jakim jest w rzeczywistości.

Jeżeli kiedykolwiek zastanawialiście się, jak wygląda prawdziwe życie „za kulisami” muzyki, pasji, studiów czy po prostu codziennej walki ze sobą samym, ten wywiad jest dla Was.

Przygotujcie się na długą, szczerością napędzaną rozmowę, która pokazuje, że czasem nie trzeba być głośnym, żeby być zauważonym.

CFO7AMM.png

 

Colette:
Dziś rozmawiamy ze Stau – użytkownikiem, który od dawna jest aktywną częścią naszego forum, sprawdzonym redaktorem i członkiem UBT CS2, opiekunem Losowych Mocy (pozdrawiamy Kacpra), typerem i od niedawna moderatorem.
Jego zaangażowanie w życie społeczności oraz doświadczenie w moderacji sprawiają, że jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych i cenionych użytkowników.
Stau, na początek powiedz nam, jak to się stało, że trafiłeś na nasze forum i co sprawiło, że postanowiłeś zostać na dłużej?

Stau:
No cześć, witam słuchaczy i prowadzącego. Dzięki za możliwość udziału, miejmy nadzieję, że nie będę bardzo przynudzać.
Moja przygoda z community serwerami zaczęła się w 2020 roku. Przechodziłem z sieci na sieć, z serwera na serwer, nigdy nie mogłem się usiedlić w jednym miejscu na dłużej niż pół roku. Po wyjściu CS2 stwierdziłem, że starczy mi już tej gry.
Wielki powrót nastąpił w lutym, kiedy to siedząc chory w domu, przypomniało mi się, że ta gra istnieje. Stwierdziłem, że dla starych czasów postaram się do końca choroby zostać znowu adminem. Wybrałem Katujemy, bo tutaj nigdy nie sprawowałem żadnej funkcji, wylosowałem sobie OM3 i wbiłem godziny w pięć dni. Poszczęściło mi się nieźle, bo wtedy akurat mieli trzech adminów i Teki mnie przyjął.
Od tamtego momentu trzymali mnie już chłopaki z OM3, których pozdrawiam – bardzo fajne osoby. Po jakimś czasie zachciało mi się rang, był akurat rekrut na UBT, to stwierdziłem: czemu nie. No a po UBT to już poleciało, sam nie wiem, jak mam teraz tyle rang.

 

Colette:
Ha, więc klasyczna historia „przechodzenia z serwera na serwer”, aż w końcu trafiłeś na nasze forum i... choroba okazała się idealnym pretekstem do powrotu w wielkim stylu. Wygląda na to, że szczęście i timing poszły ci w parze – trochę los, trochę umiejętności, trochę znajomości z OM3.
Skoro w tak krótkim czasie wbiłeś godziny i wskoczyłeś na admina, powiedz – co cię najbardziej wciągnęło w tę rolę? Władza, kontrola nad serwerem, czy po prostu czysta frajda z pomagania i ogarniania społeczności?

Stau:
Lata temu tym, co najbardziej mnie wciągnęło w adminowanie, byli zdecydowanie ludzie. Miałem przyjemność współpracować z bardzo fajną ekipą, dobrze ich wspominam. To dzięki nim, jako młody chłopak, który kłamał o swoim wieku, żeby spełniać wymagania, odnalazłem się jakoś w tej roli.
W przypadku Katów myślę, że głównym czynnikiem była po prostu tęsknota za starymi czasami. Ale zawsze znajdowałem przyjemność w ogarnianiu serwerów bądź bawieniu się komendami.

 

Colette:
Stau, wspomniałeś, że zaczęło się od UBT, a potem już samo poleciało – opiekun, redaktor i w końcu moderator. Sporo jak na stosunkowo krótki czas. Powiedz, która z tych ról była dla ciebie największym zaskoczeniem, a która dała ci najwięcej satysfakcji?

Stau:
Największym zaskoczeniem był typer, bo nawet niekoniecznie chciałem nim zostać. Jakoś pod koniec czerwca spytałem się Lanka, czy potrzebuje pomocy w typach, nie wiedząc, że jego F1 nie zalicza się do głównego działu. Odpisał, że już kiedyś poruszał temat ożywienia typerki z Dudnesem i że przypomniałem mu, aby znowu go o to zahaczył. Tym razem napisał, że ma chętnego. Dwa dni później miałem już rangę i musiałem tworzyć typerkę od zera, co, myślę, w miarę mi się udało.
A największą satysfakcję przyniosło mi zdecydowanie UBT. To była moja pierwsza poważniejsza ranga, a za tym idzie oczywiście największy stres. Po napisaniu dwóch podań, siedmiu rozpiskach i trzech tygodniach czekania, bo Lanek się obijał, jakoś mi się udało.

 

Colette:
Czyli typer to totalny przypadek – zagadałeś, a dwa dni później już miałeś na głowie odbudowę całego działu od zera. Ale widać, że mimo zaskoczenia ogarnąłeś temat i postawiłeś go na nogi. A UBT, jako pierwsza „poważna” ranga, to naturalnie największa satysfakcja – szczególnie po tym maratonie podań, rozpiskach i czekaniu, aż ktoś łaskawie ruszy papiery.
Stau, forum to jedno, ale nie samymi rangami człowiek żyje. Powiedz, co ci w prywatnym życiu daje najwięcej frajdy albo pozwala się odprężyć, kiedy odkładasz już CS-a i obowiązki na bok?

Stau:
Muzyka. Od dziecka gram na gitarze i od jakiegoś czasu ćwiczę też na perkusji. Powiedziałbym, że to właśnie na niej spędzam większość mojego wolnego czasu. Jeśli chodzi o samo tworzenie muzyki, w tym roku staram się w końcu robić ku temu kroki. A oprócz instrumentów – nic twórczego. Moimi zainteresowaniami są filmy, siłownia i Pan prowadzący.

 

Colette:
Nie podrywaj, bo się zarumienię... Kiedy siadasz do perkusji albo gitary, jesteś wtedy w stu procentach w muzyce, czy raczej traktujesz to jako sposób na wyluzowanie się po wszystkim — chwilę, żeby pobyć sam ze sobą?

Stau:
Ciekawy temat poruszyłeś, bo porównywanie się do innych to coś, z czym walczę już od długiego czasu — i to nie tylko w grze na instrumentach. W moim przypadku różnica między mną a ludźmi lepszymi ode mnie najczęściej działa motywująco. Natomiast czasami — i to coś, z czym zmaga się bardzo duża liczba muzyków — porównywanie się do innych może kończyć się ogromnym zniechęceniem do dalszego rozwoju albo, co gorsza, raną na samoocenie.
Porównywanie się umiejętnościami to miecz obosieczny — żeby naprawdę się rozwijać, kluczowe jest znalezienie balansu w swojej mentalności. Każdy muzyk ma coś wartościowego i unikalnego w swojej grze, nawet jeśli jeden wydaje się „gorszy” od drugiego. Mimo to zawsze można być lepszym. Każdy kocha grać dla siebie, ale pod koniec dnia większość osób wkłada w instrumenty tyle pracy, ile wkładają, po to, by jak najlepiej zagrać dla innych.

 

Colette:
Bardzo dojrzałe podejście, Stau. Widać, że masz świadomość tej cienkiej granicy — z jednej strony porównanie daje kopa i motywuje, a z drugiej potrafi naprawdę podciąć skrzydła. Masz rację, to miecz obosieczny, a balans mentalny to coś, czego wielu nie potrafi znaleźć. Podoba mi się też Twoje spojrzenie, że każdy muzyk wnosi coś unikalnego — to brzmi jak myślenie kogoś, kto nie tylko ćwiczy, ale też naprawdę rozumie sens grania.
Jędrzej, mówiłeś wcześniej o krytycznym podejściu do siebie. Jestem ciekaw — jakie emocje najczęściej Ci towarzyszą na co dzień? To raczej spokój i skupienie, czy częściej wkrada się presja i ciągła pogoń za byciem „lepszym”?

Stau:
Zależy. Aktualnie myślę, że potrafię już odpuszczać sobie w większości kwestii. W przeszłości jednak presja, którą sam na siebie nakładałem, była czymś, z czym walczyłem długie lata — szczególnie w kontaktach międzyludzkich. Bardzo je przeżywałem, źle znosiłem własne błędy i nie mogłem zrozumieć, czemu niektórzy są po prostu ch**ami. Przez to zaczęła się u mnie rozwijać niska samoocena.
Trochę to trwało, dopóki nie poznałem za********h znajomych w liceum i nie zrozumiałem, że te wszystkie moje zmartwienia są bez sensu. A oprócz tego, wiadomo — nakładałem na siebie presję w nauce i sporcie, ale z czasem to zaczęło maleć. Dziś najbardziej skupiam się na muzyce i nie mam większych zmartwień.

 

Colette:
To brzmi jak długa droga, którą przeszedłeś. Presja w kontaktach, niska samoocena, ciągłe analizowanie błędów — to naprawdę potrafi człowieka zmęczyć. I fajnie, że trafiłeś w liceum na ludzi, którzy pokazali Ci, że nie musisz się tak zadręczać. To ogromna ulga, kiedy nagle widzisz, że nie wszystko zależy od Ciebie i że część problemów wynika po prostu z tego, że… no właśnie, niektórzy są zwyczajnie ch**ami, jak sam powiedziałeś.
Powiedz mi — patrząc z perspektywy tego, jak teraz jest spokojniej — czego nauczyły Cię tamte doświadczenia? Masz poczucie, że dziś łatwiej Ci odróżnić ludzi, z którymi warto się trzymać, od tych, którzy tylko ciągną w dół?

Stau:
Tak, myślę, że takich rzeczy każdy uczy się na błędach. Z czasem stałem się po prostu mniej ufny wobec ludzi. Można powiedzieć, że podchodzę do relacji ostrożniej niż kiedyś. I uważam, że w większości osób taka postawa prędzej czy później się rodzi — w mniejszym lub większym stopniu. Takie po prostu jest życie.

 

Colette:
Masz rację — życie samo uczy ostrożności. Z jednej strony tracisz trochę tej młodzieńczej beztroski, a z drugiej zyskujesz filtr, który pozwala szybciej odróżniać ludzi wartościowych od tych, którzy tylko zabierają energię. To cenne, choć okupione doświadczeniem.
Skoro masz już ten dystans i ostrożność, to co sprawia, że mimo wszystko wchodzisz w nowe relacje? Co musi mieć druga osoba, żebyś pomyślał: „okej, temu człowiekowi warto zaufać”?

Stau:
Najbardziej zwracam uwagę na nastawienie człowieka do innych. Bycie życzliwym jest dla mnie najważniejszą cechą — to wartość, którą bardzo cenię i która stanowi dla mnie podstawę do poważniejszych relacji. A jeśli chodzi o samo poznawanie ludzi, to nie potrzebuję wiele — jeśli ktoś jest dla mnie spoko, to po prostu odpowiadam tym samym. I tyle.

 

Colette:
Życzliwość jako fundament ma ogromny sens, bo to coś, czego nie da się udawać na dłuższą metę. Albo ktoś naprawdę ma w sobie chęć traktowania innych fair, albo prędzej czy później wyjdzie szydło z worka. Fajnie, że potrafisz docenić prostotę w relacjach — nie muszą być skomplikowane, wystarczy, że druga osoba jest „spoko”, i wtedy naturalnie oddajesz to samo.
Jędrzej, a powiedz — zdarza Ci się, że muzyka, komputery i Twoje podejście do relacji się łączą? W sensie: czy granie z kimś albo tworzenie czegoś razem sprawia, że szybciej się otwierasz na ludzi?

Stau:
Oczywiście. Jeśli mam z kimś podobne zainteresowania albo przyjemnie nam się pyka w gierki, to naturalnie zaczynam tę osobę coraz bardziej lubić.

 

Colette:
Pogadaliśmy już o muzyce i relacjach, to teraz zapytam trochę inaczej — jakie masz plany albo marzenia na najbliższe lata? To bardziej kierunek muzyczny, prywatny, zawodowy… czy jeszcze coś innego?

Stau:
Najważniejsze, co wydarzy się u mnie w najbliższym czasie, to studia. Planuję za rok wyjechać, ale jeszcze nie wiem kompletnie gdzie i na jaki kierunek — dopiero zaczynam rozważać różne możliwości. Oczywiście miło byłoby studiować muzykę, ale nie wiem, czy to dobry pomysł, biorąc pod uwagę moje obecne umiejętności i to, ile można zarobić po takim kierunku.
Zresztą jestem jeszcze młody, więc staram się do tego podchodzić spokojnie — studia nie przesądzą przecież całego życia.

 

Colette:
I to bardzo mądre podejście — nie zamykać się w jednym scenariuszu i nie traktować studiów jak „wyroku na całe życie”. Faktycznie, kierunki muzyczne mogą być ryzykowne finansowo, ale z drugiej strony dają coś, czego nie da się przeliczyć na pieniądze: pasję i poczucie, że robisz to, co kochasz.
Jak rozważasz te opcje — bardziej patrzysz sercem („chciałbym coś z muzyką”) czy rozumem („lepiej wybrać coś pewniejszego i praktycznego”)?

Stau:
Staram się patrzeć obydwoma — sercem i rozumem — ale jeszcze nie znalazłem czegoś, co w pełni by mnie satysfakcjonowało. Bardziej skłaniam się ku czemuś ścisłemu, pewnie wyląduję na politechnice, ale czas pokaże. Poruszyłeś też ciekawy temat — czy pieniądze są ważniejsze od robienia tego, co się kocha — i na to pytanie nie umiem teraz jednoznacznie odpowiedzieć.

 

Colette:
I to jest właśnie najuczciwsza odpowiedź, bo chyba każdy w Twoim wieku ma ten sam dylemat: iść w coś stabilnego czy zaryzykować z pasją. Politechnika to bezpieczniejsza ścieżka, ale muzyka nigdzie nie ucieknie — możesz ją łączyć z codziennością, po godzinach.
Tak prywatnie — kiedy myślisz o przyszłości, to bardziej widzisz siebie jako człowieka z „pewną pracą i spokojnym życiem”, czy jednak gdzieś z tyłu głowy masz obraz, że fajnie byłoby robić coś mniej przewidywalnego, trochę bardziej artystycznego?

Stau:
To temat, o którym już trochę myślałem, i doszedłem do wniosku, że nie widzę siebie na dłuższą metę w jakiejś „pewnej” pracy. Chciałbym robić coś kreatywnego, niekoniecznie związanego z muzyką. Poza tym wiem, że jeśli nigdy nie spróbuję robić tego, co kocham, będę tego żałować do końca życia. Więc nieważne, jak potoczą się moje studia — postaram się chociaż trochę popracować dla siebie.

 

Colette:
I to naprawdę dojrzała myśl, Jędrzej. Brzmi, jakbyś już teraz wiedział, że sama stabilizacja nie wystarczy, jeśli nie będzie w niej miejsca na kreatywność. A to, co powiedziałeś o żałowaniu niespróbowania — absolutnie trafne. To chyba najgorszy scenariusz: zostać z myślą „mogłem, ale nie spróbowałem”.
Już trochę Cię poznaliśmy od strony muzyki, relacji i planów. Jestem ciekaw — masz jakieś rzeczy, które ludzi często w Tobie zaskakują? Coś, czego się po Tobie nie spodziewają, a jednak jest częścią Ciebie?

Stau:
Kurde, nie wiem w sumie. Nic ciekawszego nie przychodzi mi do głowy. Może to, że kiedyś traktowałem bardzo poważnie szermierkę. Albo że muzyka jest dla mnie aż tak ważna.

 

Colette:
Ooo, szermierka! Tego się kompletnie nie spodziewałem (wcale nie, gdzie tam, wcale nie znam Twojego ratingu). To już samo w sobie brzmi ciekawie, bo nie jest to sport, w który każdy wchodzi. Jak to się stało, że w ogóle zainteresowałeś się szermierką i traktowałeś ją tak poważnie?

Stau:
Jak byłem młodszy, chyba wtedy w 5–6 klasie, powstał klub szermierczy u mnie na wsi. Rodzice mnie zapisali, a po kilku latach treningów stałem się całkiem niezły i zacząłem jeździć po Polsce na turnieje. Bardzo lubiłem ten sport — adrenalina i emocje były na zupełnie innym poziomie. Niestety, przez coraz mniej znajomych w klubie, naukę i pogarszającą się opinię o trenerach postanowiłem odejść.

 

Colette:
To brzmi jak świetna przygoda — dzieciak z 5–6 klasy nagle wchodzi w świat turniejów, adrenaliny, rywalizacji… To musiało dawać niesamowite poczucie emocji i satysfakcji. Szkoda, że atmosfera w klubie to zepsuła, bo wygląda na to, że miałeś do tego serce i talent.
Opowiedziałeś już o muzyce, sporcie, nawet o planach na przyszłość. A ja się zastanawiam — jak wygląda Twój idealny dzień? Taki kompletnie bez obowiązków, gdzie robisz tylko to, na co masz ochotę.

Stau:
Chciałbym tylko dwóch rzeczy: pójść na piwo ze znajomymi i mieć chwilę czasu dla siebie przy komputerze. Reszta mnie nie obchodzi — gdzie, kiedy i z kim — jeśli te dwa warunki są spełnione, jestem szczęśliwy.

 

Colette:
Jędrzej, jakbyś miał wybrać jedno miejsce na świecie, w które chciałbyś się teraz teleportować — bez zastanawiania się nad kasą czy obowiązkami — to gdzie byś się znalazł i dlaczego akurat tam?

Stau:
Pewnie wybrałbym jakieś miasto w Nowej Zelandii. Piękny kraj, z dala od konfliktów i problemów, jakość życia wyśmienita — czego chcieć więcej od życia?

 

Colette:
Brzmi jak marzenie — cisza, spokój i te wszystkie widoki jak z Władcy Pierścieni. Ale wiesz, pytanie aż się ciśnie: bardziej widzisz siebie w Nowej Zelandii jako gościa z gitarą na plaży i piwem w ręce, czy raczej jako typa, który zakłada studio i próbuje podbić tamtejszą scenę muzyczną?

Stau:
Podobna sytuacja co z tą „stałą pracą”, o której wcześniej gadaliśmy. Takie luźne życie mogłoby być super, ale czuję, że to nie dla mnie. Od zawsze byłem ambitny i kompetytywny, więc rywalizacja w muzyce byłaby dla mnie fajnym środowiskiem.

 

Colette:
Jak patrzysz na samego siebie — jakie trzy cechy najlepiej Cię opisują, a jakie trzy inni mogliby wskazać, gdyby ich o to spytać?

Stau:
Nie lubię za bardzo gadać o swoich cechach charakteru, ale dałbym sobie autentyczność, lojalność i — być może — życzliwość. Staram się żyć tymi trzema wartościami i jestem zadowolony z tego, kim się stałem, podążając za nimi.
Te, które inni mogliby mi przypisać, są trudniejsze do wskazania. Zostawiłbym autentyczność — nigdy nie czuję potrzeby zakładania żadnych „masek”, lojalność też może zostać, a zamiast życzliwości pewnie pojawiłaby się egocentryczność. W realu i w necie ludzie się ze mnie śmieją, że mam duże ego — i szczerze mówiąc, muszę się z tym w części zgodzić. Ale uważam, że moje ego działa na mnie raczej pozytywnie niż negatywnie, więc mnie to nie boli.

 

Colette:
Mówiłeś o tym swoim „dużym ego”, które ludzie czasem Ci wytykają, ale sam twierdzisz, że działa na Ciebie bardziej pozytywnie. Był jakiś moment w Twoim życiu, kiedy to ego faktycznie Ci pomogło — kiedy pomyślałeś: „kurde, dobrze, że wierzę w siebie bardziej niż inni”?

Stau:
To ego działa raczej jako motywator do bycia lepszym, nie jako przekonanie, że już jestem. Dawało mi kopa np. w szermierce albo w szachach — pchało mnie do przodu nawet wtedy, gdy nie miałem chęci na trening. To nic odkrywczego, każdy ma podobnie, ale u mnie ten motor był wyjątkowo silny. Oczywiście ma to swoje wady — pewność siebie, upór — ale o tym już gadaliśmy przy muzyce.

 

Colette:

To teraz obróćmy to na drugą stronę. Ludzie często patrzą na Ciebie przez pryzmat tej pewności siebie albo ról, które pełnisz na forum. A jaka rzecz w Tobie, Twoim zdaniem, jest często niezauważana, a chciałbyś, żeby ludzie ją dostrzegali?

Stau:
Pracowitość. Wiem, że niektórzy mi nie uwierzą, ale sporo tu się nasiedziałem — szczególnie latem.

 

Colette:
Skoro pracowitość jest czymś, czego nie zawsze widać na pierwszy rzut oka, to spytam wprost: co najbardziej Cię wkurza, kiedy ludzie źle Cię oceniają albo nie dostrzegają tego, ile serca wkładasz w różne rzeczy?

Stau:
Nie wkurza mnie to jakoś bardzo, szczerze. Nie szukam aprobaty za to, co robię, siedzę na tym forum tak dużo, bo czerpię z tego przyjemność, ale też nie robię wszystkiego tylko dla siebie. Czasami jednak takie poklepanie po plecach, nawet od jednej osoby, może bardzo dużo zdziałać — mogę to powiedzieć z doświadczenia. W realu irytuje mnie to bardziej, ale nie mogę powiedzieć, że szczególnie boli.

 

Colette:
Czyli w necie masz trochę grubszą skórę, a w realu takie rzeczy mocniej docierają. To całkiem ludzkie. A skoro już przy tym jesteśmy — patrząc wstecz, gdybyś miał cofnąć się do młodszego Jędrzeja i szepnąć mu jedną radę, taką naprawdę szczerą, co by to było?

Stau:
„Nie otwieraj skrzynek”, pewnie, bo na tym sporo siana przewaliłem. Nie zachęcałbym siebie do zmiany, nie jestem dumny z młodszego siebie, ale dzięki moim błędom stałem się tym, kim jestem teraz. Życie mija, a z latami będę się rozwijać podobnie — tak długo, jak będę widział w sobie wady i posiadał chęci do zmiany. Nie zawsze idziemy tylko do góry, ale najważniejsze jest iść przed siebie i mieć świadomość tego, kim jesteśmy.

 

Colette:
Masz coś takiego jak swoje „małe rytuały”? Takie drobne rzeczy, które robisz codziennie albo regularnie i które trochę Cię definiują?

Stau:
Nie, nic mi nie wpada do głowy.

 

Colette:
To może inaczej — zamiast rytuałów, powiedz mi, co daje Ci największe poczucie „resetu”? Taki moment, kiedy głowa się wyłącza, presja spada i możesz złapać oddech.

Stau:
To prosta odpowiedź dla mnie: spokojna muzyka, dobra gra i snus. Moja święta trójca relaksu. Staram się co kilka dni robić sobie takie sesje.

 

Colette:
Czyli masz własny mały azyl — słuchawki, gra, nikotyna i nagle świat trochę mniej ciśnie. A powiedz, w tych chwilach, to bardziej odpoczynek od ludzi i bodźców, czy raczej świadomy rytuał, żeby poukładać sobie myśli?

Stau:
Raczej odpoczynek od ludzi i bodźców. Taka mała izolacja od codziennego świata każdemu zrobi dobrze, niekoniecznie tylko po to, żeby zebrać myśli. Wszyscy powinni mówić „ch*j z tym” raz na jakiś czas.

 

Colette:
To brzmi jak bardzo zdrowe „ch*j z tym” — nie z rezygnacji, tylko takie z wewnętrznego spokoju, że świat może się walić, a ty masz swoją godzinę ciszy i nikt ci jej nie odbierze. A skoro już potrafisz się odciąć i złapać balans — to co z drugą stroną? Co potrafi cię naprawdę nakręcić, rozpalić? Coś, co sprawia, że w środku aż buzuje i czujesz, że musisz działać?

Stau:
Myśli o korzyściach albo czas najbardziej mnie motywują, jak zapewne większość ludzi. W niektórych przypadkach, jak już wcześniej wspomniałem, ego może odegrać rolę motywatora, ale tylko w tych bardziej konkurencyjnych sprawach. Czasami jest to też sama przyjemność z pracy, która pcha mnie do działania.

 

Colette:
Czyli lubisz, gdy coś cię napędza, gdy masz cel, który faktycznie warto gonić. A powiedz — jak reagujesz, kiedy coś nie idzie po twojej myśli? Raczej zaciskasz zęby i próbujesz do skutku, czy potrafisz machnąć ręką i odpuścić, żeby nie tracić czasu i nerwów?

Stau:
Zależy od sytuacji, ale najczęściej próbuję do skutku, tym bardziej jeśli już nad czymś spędziłem trochę czasu.

 

Colette:
Czyli jesteś z tych, co jak już się w coś wpakują, to nie odpuszczają, dopóki nie skończą. A nie masz czasem tak, że przez to zajeżdżasz samego siebie? Że zamiast dać sobie luz, cisnąłeś mimo zmęczenia — tylko po to, żeby „dowieźć”, nawet jeśli już dawno przestało to dawać satysfakcję?

Stau:
Tak, czasami w takich sytuacjach satysfakcja nie gra już roli, a liczy się samo uczucie, że udało mi się przebrnąć przez pewien problem. Najprostszym przykładem są gry typu Only Up albo JumpKing. Ludzie nie grają w nie dla samego spadania i zaczynania od nowa, tylko przez satysfakcję z odkrywania nowych części mapy albo całkowitego przejścia gry. Jeśli nie możemy uporać się z pewnym problemem, niektórzy łapią podobny mindset.

 

Colette:
To brzmi, jakbyś czerpał satysfakcję bardziej z samego procesu niż z efektu — z tego, że coś wymagało wysiłku, skupienia, a nie z samej nagrody na końcu. Zastanawiam się tylko: czy to nie sprawia, że czasem trudno Ci odpuścić, nawet jeśli coś nie ma już sensu? Że trzymasz się czegoś dłużej, niż warto, tylko dlatego, że już włożyłeś w to czas i energię?

Stau:
Pewnie tak, ale to rzecz całkiem ludzka, z którą każdy się zmaga. Łatwo powiedzieć, że coś nie ma sensu, ale w niektórych przypadkach, żeby zobaczyć światło na końcu tunelu, musimy przyzwyczaić się do ciemności. Sam proces przechodzenia przez trudności, nawet jeśli coś „nie ma” sensu, może być bardzo rozwojowy.

 

Colette:
Piękne porównanie z tym tunelem — trafne, bo właśnie w tej „ciemności” często hartuje się charakter. Widać, że dla Ciebie ważny jest rozwój przez doświadczenie, nawet jeśli droga jest kręta. Czy miałeś w życiu sytuację, gdzie to „przyzwyczajenie się do ciemności” dało Ci później realny przełom — taki moment, w którym nagle okazało się, że wszystko, co wcześniej wydawało się bez sensu, zaczęło procentować?

Stau:
Tak, na przykład nauka teorii perkusji. Na początku uważałem ją za bezużyteczną — przecież bębny to instrument, w którym w odróżnieniu od gitary nie trzeba uczyć się pentatonik, aby improwizować. Po jakimś czasie zobaczyłem swój błąd i gra „z głowy” stała się dla mnie o wiele wygodniejsza.

 

Colette:
Klasyczny przypadek — coś, co na początku wydaje się stratą czasu, nagle staje się kluczem do swobody. To chyba najlepsze uczucie: kiedy cierpliwość i upór zaczynają przynosić efekty. A powiedz, czy jesteś typem, który lubi zrozumieć „dlaczego coś działa”, zanim zacznie to robić, czy raczej rzucasz się na głęboką wodę i dopiero potem ogarniasz teorię?

Stau:

Raczej staram się dowiedzieć „dlaczego coś działa”, zanim się za to wezmę, ale oczywiście nie zawsze mam taką możliwość.

 

Colette:
Czyli taki typ, co lubi mieć fundament, zanim zacznie budować. Nie działasz na oślep — i może dlatego później efekty są trwalsze. Ale to też potrafi być miecz obosieczny: czasem zbyt długie analizowanie paraliżuje przed działaniem. Masz tak, że czasami myślisz o czymś za długo i przez to coś Ci przelatuje między palcami?

Stau:
Oczywiście, że tak.

 

Colette:
To trochę jak z muzyką: można znać teorię, analizować każdy takt, ale czasem trzeba po prostu zagrać i zobaczyć, co z tego wyjdzie. A masz coś, co zwykle pomaga Ci przełamać ten moment zawahania — jakiś sposób, myśl, rutynę?

Stau:
Bardzo dobre porównanie. „fu*k it, we ball” jest chyba najlepszą metodą. Czasami trzeba przestać się ociągać i zacząć działać, najwyżej poprawisz się przy kolejnym podejściu. No chyba że nie masz komfortu drugiej próby — wtedy sytuacja się komplikuje.

 

Colette:
No właśnie — to „fu*k it, we ball” to chyba jedno z najzdrowszych podejść, zwłaszcza w świecie, który non stop oczekuje perfekcji. Jak człowiek za długo zastanawia się nad czymś, to często nic nie robi. To dobra pora, żeby zejść na lżejsze tory — co ostatnio naprawdę Cię rozbawiło? Taki moment, że nie mogłeś przestać się śmiać.

Stau:

Ostatnio z chłopakami na piwie oglądaliśmy najlepsze pytania-pułapki, coś pięknego.

 

Colette:
Często masz takie wieczory, że po prostu chillujesz ze znajomymi bez spiny, czy raczej rzadko udaje się zebrać ekipę?

Stau:
Nawet często. Raz w tygodniu przynajmniej staramy się coś porobić ciekawego.

 

Colette:
I tak trzymać — to jest chyba jedna z tych rzeczy, które najbardziej trzymają przy zdrowych zmysłach. Nie chodzi nawet o samo picie, tylko o rytuał: wiesz, że w sobotę oderwiesz się od wszystkiego, pośmiejesz się z chłopakami, ktoś powie coś głupiego, ktoś inny się obrazi o żart, a koniec końców wszyscy wrócą razem. Masz w tej ekipie kogoś, kogo nazwałbyś prawdziwym przyjacielem, czy raczej każdy pełni swoją rolę i działa to jak grupa?

Stau:
Raczej każdy pełni swoją rolę.

 

Colette:
Gdybyś miał podsumować swoje życie w trzech słowach, które by to były?

Stau:
Nudy w ch*j.

 

Colette:
Co uważasz za swoją największą siłę i największą słabość — tak prywatnie, nie w kontekście forum czy muzyki?

Stau:
Słabość — za bardzo przejmuję się ludźmi, siła — zależy mi na ludziach.

 

Colette:
Na koniec: co chciałbyś, żeby ludzie zapamiętali o Tobie po tym wywiadzie, gdyby nigdy już Cię nie spotkali?

Stau:
Że jestem za******y.

 

Colette:
I tym akcentem — szczerym, prostym i dokładnie takim, jakiego można się po nim spodziewać — kończymy rozmowę z Jędrzejem. Gościem, który ma w sobie więcej autentyczności niż niejeden „artysta z tytułem” i który potrafi równie mocno przywalić talerzem na perkusji, co błysnąć zdrowym dystansem do życia. Nie sili się na filozofię, nie próbuje brzmieć mądrzej, niż trzeba — a mimo to mówi rzeczy, które zostają w głowie. Bo może właśnie o to chodzi — żeby robić swoje, mieć w sobie trochę ego, trochę luzu i umieć powiedzieć „ch*j z tym”, kiedy świat wymaga za dużo. Dzięki, Jędrzej. Za rozmowę, szczerość i za to, że pokazałeś, że nie trzeba być głośnym, żeby być zauważonym.

Stau:
Dzięki za rozmowę, dzięki wszystkim, którzy przeczytali wywiad i każdemu, kto przewinął do końca. Mega polecam, prowadzący wie, co robi i bardzo przyjemnie się konwersowało. W końcu skończyliśmy po prawie dwóch miesiącach.

CFO7AMM.png

To już koniec wywiadu z Jędrzejem, ale chcemy, żeby rozmowa na forum nie kończyła się tutaj. Kogo Wy chcielibyście zobaczyć w kolejnym wywiadzie? Kogo warto poznać bliżej, kto ma ciekawą historię albo wyjątkowe podejście do CS i życia poza grą? Dajcie znać w komentarzach – może to właśnie Twój typ trafi na naszą listę kolejnych rozmów!

Gość
Ten temat został zamknięty. Brak możliwości dodania odpowiedzi.
  • Ostatnio przeglądający   0 użytkowników

    • Brak zarejestrowanych użytkowników przeglądających tę stronę.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.